|
Nie będę szła po chleb w wieczorowej sukni!
Z Caroliną Perpetuo w Caracas rozmawia Justyna Zuń-Dalloul
grudzień 2001
Carolina Perpetuo: Nazywam się Carolina Perpetuo. To moje prawdziwe nazwisko.
Zone Romantica: Nie używasz psuedonimu?
C.P.: Podoba mi się moje nazwisko.
R.: Jak długo pracujesz w mediach?
C.P.: 14 lat. Najpierw pracowałam w radiu, od pięciu lat w telewizji. Zagrałam w 12 telenowelach, jedna z nich powstała w Puerto Rico.
R.: Brałaś udział w konkursie Miss Wenezuela 1986. Czy bez tego znalazłabyś się w świecie show-biznesu?
C.P.: Myślę, że tak. Już przed konkursem wystąpiłam w kilku telenowelach. Konkurs dodał mi skrzydeł, otworzył przede mną nowe możliwości, ale już wcześniej zagrałam małe role w telewizji i w teatrze, byłam znaną modelką, występowałam w wielu reklamach. Nie doszłam zresztą do finału. Zawsze mocno stąpałam po ziemi i wiedziałam czego chcę, a ten konkurs potraktowałam jako środek do osiągnięcia celu: wznieść się o stopień wyżej w karierze.
R.: Jesteś zadowolona ze swego wyglądu?
C.P.: Jak najbardziej i dziękuję za to losowi. Nie uważam się za piękność, po prostu dobrze się czuję w swojej skórze. Lubię się i akceptuję, a to pozwala mi osiągnąć spokój wewnętrzny i docenić to wszystko, co otrzymałam od losu. Uroda to obraz duszy. Tylko wtedy możesz się nią szczycić, kiedy wypływa ona z twojego wnętrza. Jeśli czujesz się piękna, to i inni tak cię postrzegają.
R.: Czy jesteś kobietą nowoczesną? A może - feministką?
C.P.: Nie uważam się za feministkę. Feministki konkurują z mężczyznami, a ja chcę być sobą. Nie próbuję zdominować mężczyzn ani im dorównać. Kobiety i mężczyźni dopełniają się nawzajem. Myślę, że feministki wiele tracą współzawodnicząc z mężczyznami, choć z drugiej strony mają rację, że walczą o nasze prawa. Uważam się za kobietę nowoczesną. Jestem absolutnie za tym, by kobiety rozwijały się zawodowo, wchodziły w dziedziny życia, do których nie miały dostępu i spełniały się także poza domem.
R.: Postanowiłaś sama wychować swoje dziecko. To w Ameryce Południowej nie jest powszechnym zwyczajem. Może w ten sposób dodałaś innym samotnym matkom otuchy? Opowiedz nam o tym.
C.P.: Nie zrobiłam tego z myślą o innych, ale o sobie. Nie wierzę w instytucję małżeństwa. Myślę, że nie do końca rozumiemy, na czym ono polega. Podoba nam się ślub, wtedy wszystko jest takie romantyczne, ale ja uważam, że najlepiej jest, kiedy mężczyzna i kobieta są związani wyłącznie swoją miłością. Kiedy kochasz mężczyznę i dajesz mu wolność, wtedy on jest bardziej twój. Dokument, który podpisuje się na ślubnym kobiercu, tylko pozornie gwarantuje, że ta druga osoba będzie cię kochać i będzie ci wierna. Dla mnie dużo ważniejszy jest związek serc, przestrzeń jaką sobie dajemy i wzajemny szacunek. A najważniejsze jest to, żebyśmy byli szczęśliwi. Moim wielkim marzeniem było mieć dziecko. I teraz, kiedy jej mam, zapewniam, że nie ma niczego, co mogłoby się równać z tym doświadczeniem, zwłaszcza dla artystki. Dziecko otwiera przed tobą nowe perspektywy, poszerza horyzonty. Mam bzika na punkcie mojego dziecka, jestem w nim zakochana. Jego ojciec również.
R.: Opowiedz nam o swoim synku.
C.P.: Aitor Simon ma półtora roku. Mówi już "mama", "tata", "woda". Już się buntuje. To znaczy, że jest inteligentny. Chciałabym, żeby był naturalny. Ludzie często chwalą dzieci za to, że są grzeczne, to znaczy robią to, co każą im dorośli. A ja uważam, że kiedy dziecko rozrabia, jest bardziej sobą. Chcę, by był wierny sobie, ale przy tym szanował innych. Występowałam już z Aitorem w telewizji: w programie wyprodukowanym przez Holendrów, który miał pomóc kobietom mającym problemy z zajściem w ciążę, a także w reklamie produktów dla dzieci. Przy moim dziecku co dzień doświadczam czegoś nowego. Zdałam sobie sprawę, że czas szybko mija. Wieczorami mówię mu: "żegnaj", bo wiem, że jutro będzie już kimś innym.
R.: Chciałabyś, był w poszedł w twoje ślady?
C.P.: Chciałabym, by był tym, kim zechce być. Jeżeli wybierze zawód aktora, to będę go wspierać i radzić, bo to bardzo trudna profesja. Najważniejsze, by był szczęśliwy.
R.: Czy ktoś ci pomaga w wychowaniu dziecka?
C.P.: Moja mama i niania, ale głównie mama, za co jestem wdzięczna Bogu, bo uważam, że babcie są najlepszymi opiekunkami. Mają dużo cierpliwości. Poza tym miłość babci jest czymś wyjątkowym.
R.: Jak sobie radzisz ze zmianą pieluszek?
C.P.: Doskonale! Szybko się tego nauczyłam. Bycie matką jest instynktowne. Myślałam, że nie poradzę sobie z karmieniem, kąpaniem, przewijaniem, ale podeszłam do tego spokojnie. Przez trzy pierwsze miesiące nikt mi nie pomagał, bo nie chciałam, by moim dzieckiem zajmował się ktoś inny.
R.: Opowiedz nam o twoim partnerze. Kim jest? Czym się zajmuje? Jak się poznaliście?
C.P.: Spodobał mi się, bo był bardzo spontaniczny, otwarty i prostolinijny. Kiedy go poznałam, od dłuższego czasu nie byłam w poważnym związku. Nie uznawałam przelotnych znajomości. Należę do tych kobiet, które angażują się całkowicie. Wolałam więc być sama niż w luźnym, niezobowiązującym związku. Będąc samotną kobietą, wiele się nauczyłam. Poznałam siebie, zaakceptowałam się. Nauczyłam się być niezależna, dzięki czemu teraz potrafię być z mężczyzną nie trzymając się go kurczowo.
R.: Porozmawiajmy o twoim narzeczonym.
C.P.: Jest bardzo spontaniczny i oryginalny. Byłam postrzegana jako kobieta dojrzała niezdolna do miłości, która z rezerwą podchodzi do związków męsko-damskich. Słyszałam nawet, że mężczyźni się mnie boją! Tylko tego brakowało! Nie jestem przecież potworem. Wiadomo, że kobiety, którym udaje się osiągnąć sukces, są uważane przez mężczyzn za mniej atrakcyjne. Nie rozumiem tego. Mój narzeczony jest 10 lat ode mnie młodszy. Nie zamierzałam się z nikim wiązać, ani ze starszym, ani tym bardziej młodszym, chociaż w miłości wiek nie gra żadnej roli. Nigdy nie miałam ideału mężczyzny. Liczą się tylko uczucia, jakimi darzymy drugiego człowieka. Poznałam go na siłowni. Zaczęło się od rozmów o literaturze. Polecił mi jakąś książkę, przeczytałam ją, spotykaliśmy się coraz częściej. W końcu razem ze znajomymi z siłowni wybraliśmy się razem na wycieczkę do Avila. Kiedy tam dojechaliśmy, byłam zła, że wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi. Wydał mi się niezwykle interesujący i atrakcyjny. Uczucie wzięło górę, chociaż byłam rozczarowana swoimi poprzednimi związkami i wolałam być sama niż ponownie przeżywać ten sam koszmar. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jest moim najlepszym przyjacielem i cudownym doradcą. Mam w nim oparcie. Jest bardzo wyrozumiały. Znosi moje fanaberie i zawód aktorki. Kiedy gram w telenoweli, wychodzę o ósmej rano i wracam o drugiej w nocy. Na nic nie mam ochoty, nawet na seks. Rzucam się na łóżko i śpię jak suseł. Narzeczony uszanował moją decyzję o powrocie na plan. Nie jest zazdrosny o pracę, ani o to, że rozbieram się na ekranie i kogoś całuję. Pozwala mi być taką, jaką jestem. Świetnie się rozumiemy. Mam nadzieję, że mamy szanse. Jestem realistką i uważam, że każdy związek najpierw się umacnia, dochodzi do szczytowej fazy rozwoju, a potem uczucia opadają. Jest przypływ, a później odpływ. Nic nie trwa wiecznie. Kwiaty kwitną i więdną. Życie ma swój określony rytm. Podobnie związki międzyludzkie podlegają pewnym przeobrażeniom. Mamy tylko wpływ na to, z kim i kiedy owo życie dzielimy. Zawsze pojawiają się problemy związane z niezgodnością charakterów, ponieważ każdy ma swoje przyzwyczajenia niezrozumiałe dla drugiej osoby. Buty w sypialni, porzucona tubka pasty i tym podobne bzdury. Drobiazgi rujnują związek. Kiedy przestajemy kogoś tolerować, oznacza to koniec miłości, trzeba sobie powiedzieć: żegnaj. Wszystko ma swój kres i nic nie trwa wiecznie. Dopóki będzie trwało, dopóty będę dziękować Bogu i prosić o błogosławieństwo. Zawsze będzie moim przyjacielem, bo jest ojcem mojego dziecka...
R.: Nigdy nie marzyłaś o tym, żeby stanąć na ślubnym kobiercu?
C.P.: Wierzę w Boga, ale nie należę do Kościoła. Życie mnie nie oszczędzało i gdyby nie wiara, nie wiem, czy bym sobie poradziła. Życie jest Bogiem. Wierzę, że Bóg jest miłością, dobrocią, współczuciem i zrozumieniem. Dla mnie Bóg oznacza przede wszystkim miłość. Nie wierzę w Boga skazującego za grzechy. Nie wierzę, że to, co Bóg złączył, człowiek nie rozwiąże. Wiara ortodoksyjna to gniazdo szaleńców i fanatyków. Taka koncepcja Boga doprowadza do tragedii. Nie jestem ateistką. Zostałam ochrzczona i wierzę w Chrystusa. Uważam się za chrześcijankę, ponieważ Chrystus to światło, to człowiek, który zstąpił na ziemię i dał świadectwo miłości, równości i braterstwa... Niedawno chrzciłam mojego synka. Poprosiłam księdza, żeby zrobił to w ogrodzie, ponieważ nie chciałam wejść do kościoła. Moja świątynia mieści się w moim sercu. Istnieje: serce; niebo, które daje światło; gwiazdy, które rozświetlają noc; powietrze, którym oddychasz i ptaki, których słuchasz. To jest dla mnie świątynia. Wierzę w Buddę, który głosił dobrą nowinę, ale nigdy nie zaufam Bogu, skazującemu na wieczne potępienie i ogień piekielny dlatego, że złamałam ustanowione przez człowieka przykazania. Koncentrujemy się na obrazie Chrystusa cierpiącego na krzyżu zamiast cieszyć się Zmartwychwstaniem. Uwielbiamy tango i telenowele, ale kochamy cierpieć! Człowiek uzależniony jest od bólu! Zwłaszcza kobiety uwielbiają tkwić w nieudanych związkach, znosić maltretowanie, przemoc, kochanki i pijaństwo męża. Przede wszystkim należy pokochać samego siebie, tylko wówczas będziemy szanować cały świat. Balansujemy pomiędzy Buddą i Sorbą. Sorba to ten, który pije, pali, tańczy - tego też trzeba doświadczyć. Podobnie jak seks. Jeśli nie zaznasz seksu, nigdy nie będziesz wiedział, jak to naprawdę jest. Niezaspokojone pragnienia zawsze dają o sobie znać. Żeby móc z czegoś zrezygnować, trzeba to przeżyć. Wówczas rezygnacja jest to świadoma. Gdyby mali chłopcy oswajali się z wyglądem nagiej kobiety, nie musieliby kupować Playboya. Nie ma zaś nic smaczniejszego jak zakazany owoc. Ludzie powinni korzystać z życia i eksperymentować. Kiedy miałam 15 lat, marzyłam o białej sukience. Każda dziewczyna nabiera się na małżeński mit... Ja zdążyłam już pozbyć się złudzeń. Wolę, żeby mój partner mnie wspierał, przytulał, ugotował obiad i kochał. To jest dla mnie ważniejsze od obrączek nałożonych na palce w wątpliwym obliczu Boga i rzeszy znajomych oraz przysięgi o miłości i o nieuniknionym ponurym żywocie z nieprzyjemną perspektywą umierania. Nie jestem kaleką! Zawsze możemy świętować fakt, że jesteśmy razem bez fanfar. Poddajemy się tradycji i kulturze, którą bardzo cenię, ale w moim życiu nie widzę dla niej miejsca. Królewicz prowadzący swoją wybrankę do ołtarza, to bajki...
R.: Czy masz poczucie spełnienia?
C.P: Miałam w życiu dużo szczęścia. Już na studiach chciałam zostać aktorką, ale nie miałam odwagi, by powiedzieć o tym rodzicom. Studiowałam nauki polityczne. Dopiero na czwartym roku postanowiłam, że będę robić to co chcę i odważyłam się powiedzieć o tym ojcu. Rodzice zawsze mi powtarzali, że nauka jest najważniejsza. Zawód aktora był dla nich synonimem niewykształconego lekkoducha. Ja jednak miałam dość politykowania i fałszu, który dominuje w życiu publicznym Ameryki Południowej. Większość polityków ma tu powiązania ze światem mafii. Zniechęciłam się, gdy poznałam prawdę i nie chciałam brać udziału w tym spektaklu. Wolałam prawdziwy teatr. Na uniwersytecie brałam udział w przedstawieniach kół teatralnych. Wtedy poznałam smak sceny. Gdy patrzą na mnie ludzie i podnosi mi się adrenalina, czuję, że żyję. Pokłóciłam się z rodzicami. To był bardzo trudny okres. Gdy patrzę na to dziś, stwierdzam, że miałam dużo odwagi i jeszcze więcej szczęścia. Zdecydowałam się postawić wszystko na jedną kartę i wygrałam. W środowisku aktorskim często spotyka się ludzi, którzy próbują dostać się na szczyt jak najszybciej. Niektórzy dla swoich pięciu minut gotowi są zaprzedać duszę diabłu. Mnie zależy przede wszystkim na satysfakcji, którą czerpię z każdego kolejnego kroku. Łączy się to z codziennym samodoskonaleniem się. Lepszy człowiek to lepszy artysta, który może więcej z siebie dać publiczności. Aktor to sprzedawca marzeń. A tylko marzenia dobrego człowieka są piękne.
R.: Jesteś bardzo popularna. Czy ta sława ci nie przeszkadza?
C.P.: Niekiedy tak. Czasami gdy jestem przygnębiona, mam gorszy dzień, zwyczajnie nie mam ochoty, by ktokolwiek mi się przyglądał lub próbował ze mną rozmawiać. Chociaż zwykle wszystko zależy od sposobu, w jaki to zrobi. Czasem słowa uznania bywają niezwykle pokrzepiające. Przecież nikomu nie musi się podobać to, co robię! Zdarzają się też zupełnie absurdalne sytuacje i komentarze. Na przykład kiedy czasami jem sama w restauracji okazuje się, że nie mam do tego prawa... Ludzie się temu dziwią! Zdarzyło mi też się, że podszedł do mnie kelner mówiąc: "Panowie z tamtego stolika chcieliby, żeby się pani do nich przysiadła". Zastanawiam się wtedy, o co chodzi? Jeśli chcą mnie poznać, niech sami do mnie podejdą. Niektórym wydaje się, że jestem na wiecznych usługach widzów. Ale staram się traktować takie uwagi pobłażliwie. Czasami mam ochotę wyjść z domu ubrana zupełnie nieelegancko, na sportowo i bez makijażu. Ludzi to dziwi. Aktorka i taka niezadbana! Przecież jestem zwykłą kobietą! Nie będę szła po chleb ubrana w wieczorową suknię! Pozwalam więc sobie być taką jaką chcę, a nie taka jaką chcą mnie widzieć inni. Często zdarza mi się słyszeć komentarze: jest grubsza, chudsza, brzydsza, ładniejsza niż w telewizji... Wydaje mi się, że ludzie poświęcają takim głupotom zbyt dużo uwagi! Są też dobre strony popularności. Na przykład uwielbienie dzieci. Pamiętam, że przyszłam kiedyś do tego klubu, by się poopalać. W pewnym momencie podszedł do mnie siedmioletni chłopczyk i poprosił o autograf. Dałam mu go z wielką przyjemnością. Ale po chwili podeszła do mnie nauczycielka mówiąc, że reszta szkoły bardzo teraz temu chłopcu zazdrości. Podpisywałam więc różne karteczki przez resztę popołudnia. Kiedy skończyłam, słońce już dawno zaszło! Podziw dziecka jest jednak naprawdę piękny i, co ważniejsze, bezinteresowny.
R.: Jak o siebie dbasz? Szybko wróciłaś do swojej dawnej figury po porodzie.
C.P.: Dzięki Bogu bardzo lubię sport. Traktuję ćwiczenia jako rodzaj katharsis i mam na ten temat własną filozofię. Wysiłek fizyczny pomaga mi pozbyć się psychicznych napięć. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, ale obcując z innymi cały czas pracujemy z emocjami. Staramy się kontrolować swoje reakcje i nie dopuszczać do głosu negatywnych odczuć. To odbija się na naszym organizmie. Dlatego ja co i rusz zapisuję się na jakieś kursy, gdzie uczę się wyrzucać z siebie złość poprzez krzyk, wspinam się, biegam... W biegu człowiek pogłębia oddech i w ten sposób oczyszcza organizm. Robię tysiąc różnych rzeczy na raz. Nienawidzę rutyny. Dbam o swoje zdrowie także poprzez dietę. Najważniejsza jest dobra kondycja. Człowiek zdrowy jest piękny. Kobieta, która się właściwie odżywia, ma ładną skórę, włosy i paznokcie. Staram się trzymać tej zasady. Nie lubię barów szybkiej obsługi, nie piję gazowanych napojów. Piję za to dużo wody. Uwielbiam warzywa i często jadam dania przygotowane na parze. Nie wezmę do ust czerwonego mięsa, piję natomiast dużo czerwonego wina, które jest dobre dla serca.
R.: Zaczęłaś nam opowiadać o swoich początkach. Gdzie się uczyłaś?
C.P.: Na uniwersytecie w Caracas brałam udział w zajęciach teatralnych. Ale to była wyłącznie praktyka. Nie znałam teorii tajników sztuki aktorskiej. Zaczęłam więc na własną rękę szukać książek. Znalazłam między innymi podręcznik Konstantego Stanisławskiego. Tu używamy uproszczonej formy jego nazwiska! To od niego uczyłam się techniki. Mając już bazę teoretyczną wiedziałam, że dopiero moment wyjścia na prawdziwą scenę weryfikuje czyjąś wiedzę i talent. Pisarz pisze, a malarz maluje, gdy mają natchnienie. Aktor musi grać wtedy, gdy go o to poproszą. Umieć się koncentrować nawet w najgorszym hałasie i rozgardiaszu. Słyszy "akcja!" i ma zacząć płakać. Jak to zrobić? Trzeba zbudować w sobie umiejętność kontrolowania własnych stanów emocjonalnych i co więcej ich odpowiedniej ekspresji. Publiczność ma uwierzyć, że naprawdę spotkała mnie tragedia, a mój płacz jest prawdziwy. Wracając do kariery... Kiedy przerwałam studia i pracowałam jako modelka, wzięłam udział w konkursie zorganizowanym przez telewizję. Wygrałam w nim stypendium na kurs prowadzony przez słynną aktorkę Amalię Peres Dijas. To od niej uczyłam się aktorstwa. Miałam w jej szkole zajęcia z różnych dziedzin. Jak wiesz, praca aktora w telewizji jest zupełnie inna od tej w teatrze czy w kinie. Telewizja to określony kontekst sceniczny, kamery, gra świateł. Tego wszystkiego trzeba się nauczyć. Gdy ukończyłam tę szkołę, brałam udział w wielu innych kursach. Uczyłam się dykcji, tańca i ruchu. Często nasze ciało mówi więcej, niż słowa, które wypowiadamy. Aktor musi być świadomy każdego swego gestu. I umieć świadomie grać także ciałem, gdy przedstawia jakąś emocję. Taniec jest bodajże najlepszym sposobem, by rozbudzić swoją świadomość w tym względzie. Dzięki niemu można się nauczyć różnych sposobów wyrażania swych emocji.
R.: Nad czym pracujesz w tej chwili?
C.P.: Prowadzę w telewizji loterię - moim drugim zawodem jest animator imprez masowych. Zaczęłam od prowadzenia programów muzycznych. Często pracuję przy różnych wydarzeniach kulturalnych jako konferansjerka. Właśnie skończyłam zdjęcia do telenoweli "Krok do szaleństwa". Bardzo się z tego cieszę, bo ta rola była dla mnie naprawdę męcząca! Grałam tam "kobietę zawiedzioną", wieloletnią przykładną żonę. Była jak gejsza! Całą siebie poświęciła swojemu domowi. Odkryła jednak, że jej mąż ma wieloletnią kochankę. To takie częste w tych stronach! Ta rola była dla mnie bardzo trudna, bo sama jestem zupełnie inna. Moja bohaterka potrafiła poradzić sobie z ogromną zmianą, jaka zaszła w jej życiu. Na szczęście orientuje się, że poza małżeństwem także istnieje świat i że ma prawo do zakosztowania innych jego aspektów poza usługiwaniem własnemu mężowi. To była niezwykle wyczerpująca rola. Wciąż musiałam płakać! Zdawałam też sobie sprawę, że ogląda mnie tysiące kobiet, które identyfikują się z przedstawianą przeze mnie postacią. Chciałam im przekazać, że mają prawo do łez i rozpaczy, ale też, że nie wolno im myśleć, że rozwód to koniec świata. Nadal mogą przecież być szczęśliwe. Moja bohaterka po pierwszym okresie rozpaczy odbija się od dna i wypływa na powierzchnię. Uczy się i przekonuje, że to, gdzie ustawimy centrum naszego emocjonalnego świata, zależy wyłącznie od nas. Często ludzie boją się nowości i nie chcą utracić tego co już mają. Postępują zachowawczo. Tymczasem ja uważam, że istotą życia jest poznawanie wciąż nowych rzeczy i przełamywanie własnych stereotypów. To zmiana jest jego esencją!
R.: Jak sądzisz, na czym polega fenomen popularności telenowel?
C.P: Moim zdaniem są czymś w rodzaju teatru jednego aktora. Tym aktorem są ludzkie uczucia. Istnieje coś, co łączy wszystkich ludzi bez względu na narodowość. Mogą być Polakami, Rosjanami, Wenezuelczykami, a taką sama wagę przywiązują do emocji. Każdy człowiek chce kochać i być kochany, boi się, że zostanie zraniony i tak dalej. To uniwersalne zjawiska. Na przykład ból często jednoczy ludzi. Weźmy pod uwagę klęski żywiołowe. Często właśnie w ich obliczu okazuje się, że ludzie potrafią zrozumieć cierpienie innych i są gotowi nieść im pomoc. Wydaje mi się, że właśnie dlatego telenowele zyskują na popularności na całym świecie. Są uniwersalne. Tak jak złość, nienawiść, miłość, chęć zemsty, szaleństwo zakochania... Ale jako aktorka mam serdecznie dość odtwarzania wciąż tego samego. Nie przyjmuję na przykład propozycji udziału w telenovelas rosas, opowiadających wyłącznie o miłości. Wolę projekty, przy których mogę się czegoś nauczyć. Formuła telenoweli jest już przestarzała i za wiele filmów zostało nakręconych w ten sam sposób. Rzadko kiedy sama oglądam seriale. Ich fabuła jest zbyt łatwa do przewidzenia. Kiedy zastanawiam się nad propozycją jakiejś roli, muszę wiedzieć, kto pisał scenariusz i co chce w serialu pokazać. Nie gram dla samego grania. Muszę czuć, że się czegoś uczę. To naprawdę ciężka praca. Dni na planie są wyczerpujące. Wykorzystuje się każdą chwilę i wciąż odtwarza te same emocje. Zgadzam się, że należy w jakiś sposób unowocześnić tę formę. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że kręcenie telenowel stało się dobrym interesem. I dopóki produkt się sprzedaje, marketingowcy nie myślą o jego zmianie. Nie znoszę uproszczeń, które pojawiają się w wielu scenariuszach. Kobieta najczęściej jest w nich biedna i pokrzywdzona, natomiast mężczyzna bogaty i triumfujący. No i oczywiście odwieczny temat amnezji i świata mody. Typowy podział na grupy społeczne. Czarno-biała wizja świata. Przecież to absurdalne! Ludzie nie są przecież jednoznacznie dobrzy ani źli. Rządzą nimi okoliczności! Bez wątpienia prędzej czy później producenci będą musieli się zastanowić nad poważnymi zmianami w zbyt prostych scenariuszach.
R.: Dziękujemy za rozmowę.
kliknij na zdjęcie, aby je powiększyć

|