|
Choć miłośniczkom telenoweli wydaje się, że wiedzą o latynoskim kochanku najwięcej, to pojęcie jest znacznie szersze. Do mitu Latino Lover (LL) odwołuje się dziś popkultura nie tylko filmowa czy muzyczna. LL stal się elementem masowej wyobraźni, a to, co go uosabia, jest często bardzo dalekie od pierwowzorów.
Spojrzenie, czyli Antonio Banderas.
Czarne, wilgotne oczy, zatarta granica między źrenicą a tęczówką, gęste czarne rzęsy, wzrok, w którym płonie namiętność, żądza, ogień - która z nas nie marzyła, by choć raz ktoś tak na nią popatrzył! Te mniej wrażliwe mówią o Banderasie, iż ma oczy spaniela (nie mylić z bassetem-Stallonem). Spojrzenie Latino Lover jest przejmujące, powoduje, że nawet niewinną kobietę oblewa rumieniec i fala gorąca. Można je oczywiście wyćwiczyć, ale Antonio Banderas ma ten wzrok chyba już przyrodzony - nawet grając księdza w Pytaniu do Boga patrzy w podobny sposób. Najpiękniejszy - i niemal archetypowy - typ LL Banderas stworzył oczywiście w Desperado, ale przecież i w Domu dusz, Evicie, Wywiadzie z wampirem, Filadelfii (choć prawdziwy LL nie interesuje się mężczyznami), Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym i, rzecz jasna, Masce Zorro jego bohaterowie mieścili się w tym gatunku postaci.
Latino Lover może też mieć oko wąskie i połyskliwe. Ale spojrzenie zawsze zabójcze.
Egzotyka, czyli Ramon Novarro i Rudolf Valentino.
Arab, Przez Singapur, Sevilla de mis Amores, Syn Indii, Barbarzyńca, Szejk, Syn Szejka, Młody Radża... - już wiecie, jaki był początek? Typ Latino Lover ukształtował się w latach 20. wraz z pierwszymi, niezwykle egzotycznymi filmami Rudolfa Valentino. Ten syn włoskiego emigranta rozpoczynał karierę jako żigolak z wąską specjalnością tanga. Gwiazdą został po pięciu latach występowania na ekranie, dopiero po filmie Szejk (1922). Niedługo pojawił się konkurent: Ramon Novarro, syn meksykańskiego dentysty, który po meksykańskiej rewolucji uciekł do Los Angeles. Natychmiast został okrzyknięty nowym Valentino. Choć początkowo przegrywał z legendą Rudolfa, która zaczęła żyć własnym życiem po śmierci 31-letniego idola w 1926 roku, po kilku latach Novarro zaczął robić karierę w filmach dźwiękowych. Już w pierwszym - The Call of the Flesh (1930) śpiewał i tańczył tango - i tak szejk/radża zawędrował do Ameryki Południowej. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze: znudzona przedstawicielka klasy WASP każdego czarnookiego przystojniaka traktowała tak samo. W końcu jaka tak naprawdę jest różnica między Włochem, Hiszpanem a Arabem? Pomyślcie o Omarze Sharifie...
Honor, czyli Benicio del Toro.
Latino Lover wiele zniesie. Ból to dla niego bułka z masłem. Potrafi cierpieć i dla miłości, i dla Sprawy. Jego honor jest dla niego najważniejszy - cóż, kobieta tego nie zrozumie, dlatego wydaje jej się czasem, że ten honor cierpi z nader błahych powodów. LL kieruje się w życiu zasadami. Benicio del Toro w Trafficu nie sprzeniewierza się nim, choć świat dookoła jest zepsuty do cna. Twardziel. Ale LL potrafi też zapłakać. Nad śmiercią przyjaciela, ukochanej kobiety i - oczywiście - matki.
Tajemniczość, czyli Johnny Depp.
Pojawia się nie wiadomo skąd i odchodzi w dal. Niewiele o nim wiadomo, jest więc intrygujący. Jak Johnny Depp - Don Juan DeMarco. Nawet jeśli LL ma jakiś życiorys, może on być kompletnie wymyślony albo obrośnięty legendami, apokryfami itd. W każdym razie, patrząc na LL - zwłaszcza w wydaniu Deppa - trudno powiedzieć, o czym tak naprawdę myśli. Najprawdziwszym Latino Lover był Depp jako Roux w Czekoladzie, ale i w jego postaciach w Truposzu, i w Edwardzie Nożycorękim, i w Arizona Dream odnajdujemy wiele z LL. A jego tajemniczość w Żonie astronauty aż przerażała.
Legenda bohatera, czyli Che Guevara.
Legenda szła przed nim i za nim. Pozostaje żywa nawet po śmierci LL - często przedwczesnej, niesprawiedliwej i właśnie bohaterskiej. Che Guevara jest najlepszym przykładem tej odmiany interesującego nas typu idola popkultury. Rewolucjonista i partyzant, obrońca uciśnionych, przywódca wiodący lud ku świetlanej przyszłości. A przy tym jakże piękny! Charyzma Che była tak wielka, że po jego straceniu przez boliwijskie siły specjalne w 1967 roku zdjęcia martwego Che przekazywano sobie z rąk do rąk szepcząc: "jakże podobny do Chrystusa zdjętego z krzyża!". Stąd już tylko krok do "Chrystusa z karabinem na ramieniu", czyli do teologii wyzwolenia. Latino Lover w wersji "bohater" zdecydowanie lewicuje i poświęca życie Idei. Nie ma w nim miejsca dla kobiety (na dłużej).
Wąsy, czyli Zorro albo włoski fryzjer.
"Zorro, a skund masz takiego kunia?" - śpiewały dzieci na podwórku, gdy w latach 70. telewizja raczyła nas już wtedy stareńkim (1957) serialem Disneya o przygodach głupiego sierżanta Garcii i dzielnego obrońcy Indian i pokrzywdzonych, zwanego Lisem (el zorro). Pod czarną maską jego twarz przyozdabiały cienkie, długie wąsiki biegnące tuż nad wargą. Zabójcze, co? Niezależnie jednak od gęstości/szerokości/koloru wąsów, do dziś są one ozdobą prawdziwie męskiego mężczyzny - od Omara Sharifa poprzez Charlesa Bronsona, Burta Reynoldsa po Toma Sellecka i Sylwestra Maciejowskiego. Wąsy LL - Omara i Zorro - różniły się od pozostałych jednym, ale bardzo ważnym szczegółem: wypieszczeniem. A tak przy okazji: grający Zorra Guy Williams urodził się w Nowym Jorku jako Armand Catalano. To wskazówka, jak głęboko niektórzy LL potrafią ukrywać swą prawdziwą tożsamość. Bo przecież Carlos Irwin Estevez to też czysty Latino Lover (choć ukrywa się jako Charlie Sheen), podobnie wokalista Marc Anthony (Marco Antonio Muniz). Meksykańskie korzenie miał Antonio Rudolfo Oaxaca (Anthony Queen), a matka Benjamina Bratta jest peruwiańską Indianką Kechua... A Omar Sharif? Cóż, naprawdę nazywa się Michael Shalhoub...
Głos i ruch bioder, czyli Julio Iglesias i Ricky Martin.
Latino Lover ma muzykę we krwi. Jak El Mariachi - jeśli nie jest wysoko urodzony. Jak Don Juan, jeśli ma sobie błękitną krew. Choć serenada pod oknem ukochanej to pomysł włoski, śpiewanie dla ukochanej jest naturalnym atrybutem uwodziciela. Przemysł płytowy i telewizja umożliwiły mu śpiewanie dla tłumów - i tłumy kobiet na całym świecie pokochały Julia Iglesiasa, mężczyznę o najsłodszym głosie pod Słońcem. Dlatego też Julio jest podobno absolutnym rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę sprzedanych płyt. Julio się nie starzeje (no, pomagają mu w tym trochę operacje plastyczne), od 30 lat ma wciąż tak samo falujące włosy na karku i spaloną słońcem skórę; śpiewa w ten sam, zmysłowy sposób, przymykając oczy, pochylając i przekręcając głowę do mikrofonu... Jak widać, to działa. Dwaj synowie Julia poszli w jego ślady - Julio Jr i Enrique. Ten ostatni zrobił wielką karierę, a żeńska połowa świata podzieliła się podobno na te, co kochają Enrique, i te, co wolą jego największego konkurenta - Ricky'ego Martina. Śliczny, słodki Ricky ma tę cudowną przewagę, że tańczy. Och, jak on tańczy! Ma już naśladowcę - tak, tak, Chayanne'a...
Wzrost, czyli to, czego nie ma LL. Z wyjątkiem Jimmy'ego Smitsa.
I wcale nie jest to prawdą. Stereotyp LL czyni zeń mężczyznę kieszonkowego. Tymczasem (pod warunkiem, że dane w różnych bazach internetowych są zgodne z prawdą) nie odbiegają oni od przeciętnej: Ramon Novarro (173 cm), Antonio Banderas (175),. Rudolf Valentino (177 cm), Johnny Depp (177), Ricky Martin (183), Jimmy Smits (190), Guy Williams (190), Benicio del Toro (193 cm). Wynika z tego, że na ekranie Banderas i Williams wydają się mniejsi, a Smits - większy. Najprzystojniejszy nowojorski gliniarz Jimmy Smits pochodzi z Portoryko i jest, obok Benicia del Toro, Edwarda Jamesa Olmosa czy Hectora Elizondo, jednym z najaktywniejszych działaczy społeczności latino w USA. Walczy o zwiększenie udziału Latynosów w show-biznesie. No cóż, stanowią oni 11,5 % ludności USA, ale spośród ról, jakie były do zagrania w telewizjach np. w 1999 roku, zagrali tylko 3,8%. I niewiele z nich to role uroczych facetów...
Próżność, czyli amant z telenoweli.
Mężczyzna pozbawiony próżności nie ma skąd brać pewności siebie - mówi Jean Carlo Simancas. Amant telenoweli ma włosy wylakierowane, wypomadowane, gęste, czasem wąs wypieszczony. Zawsze opięte ubranie podkreśla jego mięśnie. Prawie bez wyjątku jest brunetem (choć one są często blondynkami). Jeszcze 15-20 lat temu arsenał telenowelowego uwodziciela ograniczał się niemal wyłącznie do zabójczego spojrzenia posłanego kobiecie znad jej dłoni, którą niezwykle znacząco całował. Tak, tak, fryzjer na deptaku w Ciechocinku. Dzięki Simancasowi amant porzucił koturny, stał się bardziej realistyczny - ale dziś producenci telenowel mają inny problem: o amanta, obdarzonego prawdziwym charmem, coraz trudniej. Bohaterki seriali wyłuskiwane są na konkursach piękności, więc czemu nie szukać w ten sposób i amantów? Rezultaty na zdjęciu...
Macho, czyli każdy z nich - jak nie teraz, to w przyszłości
Kiedy Latino Lover dorasta i przestaje być słodkim młodzieńcem, staje się macho. Nie znaczy to oczywiście, że przestaje być LL, zmienia się tylko jego stosunek do kobiet. Cielęcą fascynację władzą, jaką urodziwy mężczyzna może mieć nad kobietą, zamienia w dojrzałą pewność, iż kobieta jest istotą niższego gatunku, pewnych rzeczy nie zrozumie, pewne rzeczy nie są dla niej (np. gra w domino albo walki kogutów!), a do innych jest przeznaczona. Niewątpliwie do posłuszeństwa. Macho posługuje się swą wiedzą o kobietach dość cynicznie. Jest napakowany próżnością, przekonaniem o swej sile i niezawodności w łóżku. Swą męskość podkreśla często złotym krzyżem na piersi (bywa ostentacyjnie religijny) zawieszonym na owłosionej klacie, widocznej dzięki niezapiętej kolorowej koszuli z żabotem, białym obcisłym podkoszulkiem, skórzanymi spodniami... Że kicz? A kto mówił, że nie?
Krystyna Kosicka
|