|
Jestem zazdrosna o moje postaci! Fragmenty wywiadu z Delią Fiallo, których nie zobaczycie na ekranie.
Zone Romantica: Ile telenowel Pani napisała? Delia Fiallo: Oryginalnych było chyba 35, ale niektóre, jeśli były adaptowane po raz kolejny i kolejny, stały się zupełnie nowymi scenariuszami. Był też taki okres w Wenezueli, kiedy rząd zabronił telewizjom emitowania seriali trwających dłużej niż trzy miesiące, więc do tych krótkich wersji dorabiałam nowe postaci i nowe sceny i w takich wersjach były sprzedawane na inne rynki. Więc jak to wszystko zliczyć, to będzie pewnie około 45 telenowel. Ale teraz moje scenariusze są kupowane poza Ameryką Łacińską i filmowane w innych językach -na przykład w Indiach w hindi!
R.: Czy widzowie czymś Panią zaskoczyli? D.F.: Na Bałkanach, gdy bohaterka serialu Kassandra trafiła do więzienia, odbyła się demonstracja, w której ludzie żądali jej uwolnienia. W Izraelu podczas wyborów kandydaci byli bardzo zawiedzeni, że wyborcy przejmują się znacznie bardziej losami bohaterów Cristal niż wyborami właśnie. I ta zupełnie niesamowita historia, która wydarzyła się w Serbii, gdzie musiał interweniować ambasador USA - widziałam nawet na wideo zamieszki spowodowane przerwaniem emisji Kassandry! (Delia wspomina wydarzenia, które opisywaliśmy tutaj)
R.: Opowiedzmy, w jaki sposób powstają kolejne remaki Pani telenowel. D.F.: Cóż, to zawsze jest kontrowersyjny temat. Po dziesięciu mniej więcej latach dorasta nowe pokolenie, dla którego warto opowiedzieć tę samą historię na nowo, z nowymi aktorami. Ja zawsze bardzo szanuję pierwotną wersję scenariusza, dramat, postaci, nawet ich nazwiska. Problem zaczyna się, gdy sprzedaję prawa do remake'u do Meksyku. Meksyk ma zupełnie inny system... autor nie jest tam szczególnie poważany, tam bogiem jest producent. Więc producent trzyma w garści plik scenariuszy i wręcza je scenarzyście adaptującemu, a on go wywraca do góry nogami. Zmienia tak dużo, bardzo dużo, bo musi się wykazać - jeśli by nic nie zmieniał, nie byłby potrzebny i nikt nie chciałby mu płacić. W Meksyku nie dbają o psychologię postaci, o psychologiczne prawdopodobieństwo postępowania bohaterów. Kiedy ja piszę scenariusz, jestem wręcz zazdrosna o moich bohaterów, zazdrośnie pilnuję, by były to postaci "życiowe". Jeśli obdarzam je silnym charakterem, to z dnia na dzień nie stają się słabeuszami. Więc meksykańskie wersje moich telenowel to bardzo dalekie echa pierwowzorów.
R.: Co sprawia, że ma Pani ochotę pisać wciąż nowe scenariusze? D.F.: Nie ma nic tak magicznego, tak pięknego jak opowiadanie historii. Uwielbiam to robić. Punktem wyjścia jest zawsze postać, która mnie zafascynowała, która mną zawładnęła. Wierzę w świat, jaki wokół niej sobie tworzę, dodaję inne postaci, potem wątki. Wtedy widzę, jakie konflikty między postaciami mogę pokazać. Splatam to wszystko i to daje mi niesamowitą przyjemność. Umieszczam tam mnóstwo własnych emocji, które potem publiczność świetnie wyczuwa. Dzięki temu żyjemy w znakomitej symbiozie, publiczność i ja, ja i publiczność. Mogę siedzieć zamknięta w czterech ścianach mojego pokoju, ale to co piszę dociera do milionów ludzi w niemal wszystkich krajach świata - i to jest wspaniałe!
R.: Jak widzi Pani zmiany w telenoweli na przestrzeni lat? D.F.: Jestem raczej pełna obaw o współczesną telenowelę - a przynajmniej o sposób, w jaki się do niej podchodzi w niektórych krajach. Czasem mam wrażenie, że robi się tam seriale dla osób upośledzonych umysłowo. Kilka dni temu widziałam taką scenę: na łóżku w pokoju pełnym krwi widać trupa, wchodzi aktor z wielce zaskoczona miną, pochyla się, dotyka dłonią krwi, patrzy na łóżko i mówi: "on nie żyje!". Na litość boską, przecież to oczywiste, że nie żyje, nie trzeba tego mówić. Widzowie nie muszą być intelektualistami, wystarczy, że będą ludźmi, i tak zrozumieją. Ale autorzy najwyraźniej sądzą, że nie. Stąd się potem biorą narzekania na powtórzenia w telenoweli. Ja tam zawsze silnie wierzyłam w inteligencję publiczności, dlatego lubię subtelności, półcienie, lubię zmuszać widza do zgadywanek. Nie podaję wszystkiego na talerzu!
Na szczęście nie wszyscy producenci ulegają temu trendowi robienia seriali dla debili. Powstają też telenowele dla bardziej wymagającej publiczności. Ale te z kolei idą w stronę serialu akcji, zatracając gdzieś stronę sentymentalną. To mnie naprawdę martwi.
Telenowela jest przecież gatunkiem telewizyjnym, który odniósł największy sukces! I na szczęście uznawana jest za osobny gatunek telewizyjny, a o jego jakości świadczą miliony widzów na świecie. I myślę, że telenowela powinna być doceniona, skończmy z tym traktowaniem jej jak coś gorszego. Telenowela traktowana z powagą - taka telenowela, która może być oglądana przez intelektualistę wyciągniętego w fotelu po obiedzie i gotowego do odprężenia umysłu przez telenowelę traktowaną z powagą... To jest idealny scenariusz!
R.: Pomówmy o Delii Fiallo. Jakiej muzyki Pani słucha? D.F.: Czego słucham? W mojej rodzinie muzyką zajmuje się mój mąż. Jest muzykologiem, śpiewa w trio, studiuje śpiew. Ja lubię dobrą starą muzykę klasyczną. Arie operowe. Bolera. Muzykę latynoską - kolumbijskie pieśni ludowe, muzykę peruwiańską. Uwielbiam muzykę latynoamerykańską wszelkiego rodzaju!
R.: Pani ulubione danie? D.F.: Trudny wybór! Powiedzmy, że danie kubańskie znane jako płonący ogon wołu. To nadziewany ogon wołu, pokrojony w plasterki. Polewa się go sosem z oliwkami i rodzynkami. To bardzo delikatna i smaczna potrawa.
R.: Co uważa pani za najważniejszą zaletę u mężczyzny? D. F.: U mężczyzny... Dobry Boże, tak trudno znaleźć zalety u mężczyzny... Wierność. Myślę, że wierność jest tym, co kobiety uważają za najważniejsze u mężczyzny, choć bardzo ważne jest też poczucie humoru. U kobiety najważniejszą cechą jest chyba stałość. Bo kobiety muszą dać sobie radę z tyloma przeciwnościami i w domu, i w pracy, muszą być cierpliwe i zdeterminowane, by sprostać tym wszystkim wyzwaniom, tak że stałość jest bardzo cenną u nich cechą.
R.: Gdyby mogła Pani spotkać jakąś postać historyczną, z kim spotkałaby się Pani najchętniej? D.F.: Joanna d'Arc. Nie wiem, dlaczego. Podziwiam ją bardzo I czasem mam takie poczucie, że w poprzednim życiu byłam... Nie, nie Joanną d'Arc, gdzież bym śmiała! Ale gdzieś jej towarzyszyła w jej walce, bardzo, bardzo heroicznej.
R.: A więc wierzy Pani w reinkarnację? D.F.: Tak. Nie wiem, kim byłam poprzednio, ale mam wrażenie, że musiałam żyć w średniowieczu, przynajmniej raz żyłam w tamtej epoce. Filmy ze scenami średniowiecznych bitew robią na mnie zawsze ogromne wrażenie, zresztą wszystko co dotyczy tych czasów jest mi bardzo bliskie.
R.: Gdyby trafiła Pani na bezludną wyspę, jakie trzy rzeczy zabrałaby Pani ze sobą? D.F.: Po pierwsze wzięłabym swojego męża - jesteśmy już małżeństwem od 52 lat! Potem książkę... Którą? To strasznie trudny wybór... I obraz Matki Bożej z Guadalupe, jestem jej bardzo oddana.
R.: A jeśli mogłaby Pani wziąć tam ze sobą trzy postaci ze swoich telenowel? D.F. Raczej nie wzięłabym głównych bohaterek. Wzięłabym na przykład Inocencię z Cristal - niewinną dziwkę, która jest tak spontaniczna, pełna instynktownej wiedzy, że jest wcieleniem prawdy jako takiej. Wybrałabym też Caridad Martinez z Rafaeli - kobietę z dołów społecznych, niewykształconą, która w swojej ignorancji robi błąd, a jego skutkiem jest ciąża. Potrzebuje więc mężczyzny, który razem z nią wychowałby to dziecko. Znajduje go, ma z nim trójkę następnych dzieci, a wtedy on ją opuszcza. Więc ona szuka kolejnego mężczyzny; wydaje się, że jest niemoralna, ale tak nie jest, ona po prostu sama sobie w życiu nie poradzi. To bardzo symboliczna postać. I wreszcie... może jednak bohaterka: Emilia, pierwsze wcielenie Soledad. Ona z kolei symbolizuje młodość i niewinność. Myśli, że miłość otworzy przed nią świat, załatwi jej problemy, da jej wszystko, czego potrzebuje. To bardzo piękna iluzja. Jak sądzę, bardzo piękna i bardzo ważna w życiu kobiety...
czytaj także tutaj >>
| kliknij na zdjęcie, aby je powiększyć |
|

|